czwartek, 8 października 2026

Znów oswojona rzeczywistość.

Wracam na właściwe tory, odzyskuję pion. Czuję się dzisiaj bardzo dobrze. Mierzę to między innymi stopniem tak zwanego ogarnięcia się. Całkiem nieźle byłam dzisiaj ogarnięta w pracy, a potem i teraz w domu. Zaprowadziłam porządek wokół siebie, pozmywałam, poukładałam, przygotowałam sobie garderobę na jutro.

Po pracy pojeździłam po mieście na rowerze i pobuszowałam na szmateksowych przecenach. Kupiłam sobie to, co planowałam i co naprawdę mi się podobało, więc jestem zadowolona. Mam wreszcie całoroczne ażurowe botki do letnich sukienek, poza tym wpadły mi w oko też ciemnobeżowe balerinki z gumką wokół "wejścia". Mam płaskie pięty - bo w końcu gdzieś człowiek musi być płaski dla równowagi! - i płytkie buty nie trzymają się moich stóp, spadają.
Dobrze, że na korę mózgową płaskość nie padła 😂

Z pracy zwolniłam się wcześniej, bo dziś wypadło spotkanie Klubu Pacjenta. Klub jest wybitnie kameralny, ale dobrze robią mi te spotkania. Doświadczam tu ciepła, zainteresowania, wsparcia. Dzielimy się doświadczeniami, co uświadamia mi, że nie jestem wyjątkowa pod tym względem. Jak często nie mamy pojęcia, przez co przechodzą ludzie mijani na ulicy, jakie dźwigają ciężary.

Żalę się niekiedy, że niedosłuch izoluje mnie i oddala od innych ludzi. To jednak każe tym bardziej cenić  dobre relacje i spotkania.
Dziś odwiedziła mnie w pracy koleżanka, poznana już po hospitalizacji, gdy wpadałam w odwiedziny na oddział, odwiedzając znajomych, którzy jeszcze tam zostali. Sprawiła mi przemiłą niespodziankę. Kilka tygodni temu urodził się jej pierwszy wnuczek...

Jest teraz wieczór, "urzęduję" w swojej kuchni, słucham reportażu z radia i wystukuję tenże post. I jest mi dobrze.

Jutro pewnie synuś przyjedzie.

środa, 7 października 2026

Ciut zniżkowo

Dziś czuję się lepiej, więej mam energii. Humor jednak taki sobie. Nie najgorszy, lecz bywało znacznie lepiej.

W pracy z rana cyrk zwany szkoleniem z ewakuacji w razie alarmu. Dyskusje o procedurach budzą we mnie politowanie i pusty śmiech w głębi duszy. Ciekawe, kto w decydującym momencie będzie pamiętał o jakichś procedurach. Znajomy powiedział mi, że procedury pisane są na kolanie przez amatorów.

Po wycieczkach, chociaż były piękne, została mi lekka chandra. Ze wzmożoną intensywnością odczuwam żałobę po moim słuchu i utraconych możliwościach. Wiem, że owe możliwości wciąż istnieją, ale jak trudno się przystosować. Mam na myśli otwieranie się na ludzi, na drugiego człowieka. Z niedosłuchem jest to piekielnie trudne.

Co trochę odzyskam siebie, los mi rzuca kolejną kłodę pod nogi. Od nowa i wciąż od nowa trzeba się uczyć siebie i życia.

Choć energię mam lepszą, nie jestem dziś wyspana. Zasnęłam wczoraj, a raczej dzisiaj już bardzo późno, bo wybił mnie ze snu przejmujący radziecki film: "Idź i patrz". Przejmujący to za mało, za delikatnie powiedziane. To film wstrząsający. 

wtorek, 6 października 2026

Akcja "Regeneracja"

Według GPT za dużo grzebię w sobie, co może skutkować psychicznym samoobciążeniem. Bardzo możliwe, ale po pierwsze zawsze tak miałam, a po drugie - umożliwiam sobie w ten sposób dotarcie do przyczyn moich zmiennych stanów. Znając przyczyny, łatwiej sobie pomóc i zapobiec negatywnym skutkom.

Już wiem, że muszę ostrożniej dawkować sobie wysiłek i nie szarżować, bo odchorowałam te dwa dni rajdów. Nie dałam sobie czasu na regenerację, toteż wczorajszy i dzisiejszy dzień w pracy miałam bardzo ciężki. Mocno utrudniona koncentracja, męczliwość, spadek nastroju. Zapał do działań z zeszłego tygodnia prysł. Może dopiero teraz, po drzemce popołudniowej jest mi raźniej, ale nie zamierzam szarżować. Zadbam jedynie o bieżące ogarnięcie się, może kalafior i jajka ugotuję na planowaną sałatkę z pomidorami w ramach jutrzejszego obiadu. Odświeżę się za chwilę pod prysznicem albo w ciepłej kąpieli - jeszcze nie zdecydowałam ostatecznie, co wolę. Potem wsunę się pod kołdrę i może obejrzę coś z radzieckiego kina, bo wyczytałam w internecie kilka interesujących rekomendacji. Takie filmy jak "Lecą żurawie" czy "Tak tu cicho o zmierzchu" naprawdę były niezłe.

W pracy cholerna biurokracja i zasadniczość. Za poprzedniej dyrektorki zdarzało mi się nawet zwolnić na pogrzeb i nikt nie wymagał ode mnie wypisywania urlopu czy odpracowywania. Wiadomo było, że to losowe sytuacje, których nikt nie nadużywa. Teraz każde "pierdnięcie" trzeba zgłaszać. W piątek mam umówioną wizytę u psychiatry i już dziś mi zapowiedziano, że muszę złożyć podanie o wyjście z wyjaśnieniem, że odbycie wizyty poza godzinami pracy nie jest możliwe. Pana doktora też mam poprosić o stosowne zaświadczenie. Nie poprawiło mi to kiepskiego dziś humoru.

Straciłam cokolwiek zapał do starań o rentę. Na szczęście mam koleżanki, które potrafią mnie zdopingować i którym nie jestem chyba całkiem obojętna. Nagadały mi trochę i spięły niczym jeździec ostrogami konia do galopu.

Niestety, moje ograniczenia, gdy nie dbam o siebie dostatecznie, nie są wymysłem rozpuszczonej księżniczki, której się nie chce pracować.

poniedziałek, 5 października 2026

Droga

To był intensywny popiątek. W sobotę Roztocze, a w niedzielę październikowo rozzłocone Bieszczady. Długi szlak przez las, gdzie w tłumie ludzi jednak mogłam zagłębić się w siebie i chłonąć krajobraz. Na polanach przepiękne piętrowe widoki na góry i lasy. Jeszcze nieśmiałe te jesienne barwy, spektakl dopiero się zaczyna, ale już jest obiecujący. Cieplutko było, słonecznie i łaskawie. Cerkiew w Łopience uroczo prezentowała się w dolince wśród drzew. Ludzi był tłum, tłum, tłum na dwudziestej siódmej powojennej pielgrzymce do sanktuarium.

Msza nieszczególnie mnie interesowała, bezwstydnie ją przedrzemałam siedząc na trawie, z głową na kolanach. Tegodnia trzeba było wstać bardzo wcześnie. Z samego odpustu niewiele widziałam, jakoś mi nie przyszło do głowy podczas nabożeństwa przejść się po ' kramach, choć miałam ochotę na jakieś rękodzieło w postaci kolczyków. W uszach dźwięczy mi do dziś: "Chrystus Pan karmi nas..." śpiewane z gitarą przez kobietę o bardzo ładnym głosie. Podobno była to jakaś zaproszona "gościni" (ach te feminatywy), która pod wieczór dała bardzo udany koncert. Nasza wycieczka na koncert nie czekała, ruszyliśmy w drogę powrotną, po drodze zatrzymując się na posiłek w Cisnej, a potem pod górą Sobień, na której szczycie wznosi się zrujnowany, ale e zamek. Widoki z zamku bajeczne: dolina Sanu, kamienista rzeka i te "zapalające się" lasy. W Cisnej zjadłam zupę z czosnku niedźwiedziego. Smakowała mi, choć miałam wrażenie, że zbyt mocno czuję w niej sztuczne polepszacze smaku - ale może tylko mi się wydawało?

Nie dbałam wczoraj o integrację z innymi wycieczkowiczami. Nawet nie próbowałam podejmować dłuższych konwersacji, wiedząc, że brakuje sprzyjających warunków. Ot, zagadnęłam raz czy drugi przy jakiejś okazji, rzuciłam jakaś uwagę, żart. Było sporo osób zachowujących się podobnie, spokojnie biorących udział w zwiedzaniu, nie wyrywających się. Niech i tak będzie, uczę się godzić ze swoimi ograniczeniami. Natomiast uczę się i uprzytamniam sobie, że kontakt może dziać się bez słów. Na Roztoczu dwie osoby podały mi ręce na moją prośbę, gdy przechodziliśmy przez wąską i chwiejną kładkę, wczoraj jakiś zupełnie obcy człowiek idący przede mną sam wyciągnął do mnie dłoń, gdy zachwiałam się na wąskiej błotnistej ścieżce. Ile treści bez słów.

Uczę się stoicyzmu, wiary i cierpliwości: co ma do mnie przyjść, przyjdzie. Kto ma mnie zauważyć - dostrzeże. To nie będą tłumy, ale po co mi tłumy? Kto ma naprawdę mnie wysłuchać, wysłucha, ale i ja potrzebuję się nauczyć przyjmować drugiego człowieka i wspierać w odnajdywaniu drogi do mnie.

Obie wycieczki dały mi wiele radości, wytchnienia, przyjemności, ale i dały w kość bardziej niż przypuszczałam. Odczułam dziś w pracy skutki zmęczenia, dawało o o sobie znać nieskoncentrowanie i senność, dniówka nieznośnie się dłużyła.

Po powrocie do domu najpierw się przespałam, a dopiero potem uładziłam rozgardiasz wokół siebie. Jestem już sama w mieszkaniu, bo syn wyjechał na studia. Dziś nawet nie miałam czasu odczuć jego braku.

Dziś po pracy zastałam pod domem pogotowie. Sąsiad znowu miał atak padaczki alkoholowej. To już przestało robić na mnie wrażenie...

A propos alkoholu - był na rajdzie wczoraj mój znajomy, który z dumą opowiadał, jak to całkowicie rzucił picie. Wczoraj uległ, jakiś jego kolega tęgo polewał i namawiał. Mnie także częstował, ale odmówiłam, pokazałam moje tabletki, oznajmiając, że takie są teraz moje używki. A przyznam, że przyjemnie byłoby łyknąć aromatycznej naleweczki i poczuć nieco ten raźny prąd w żyłach.

sobota, 3 października 2026

Turystka indywidualistka.

Muśnięte już jesienią Roztocze było przecudne. Przeszliśmy szlak tanwiańskich Szumów - malowniczych miniwodospadów. Trochę się zmęczylam fizycznie, ale warto było. Tylko... na tym się chyba kończą moje pochwały.

Coraz bardziej wybrzmiewa to we mnie i dojrzewa: potrzebuję funkcjonowania we własnym tempie i rytmie oraz na własnych warunkach. Potrzebuję chyba sporo przewartościować.
Mój niedosłuch utrutdnia mi funkcjonowanie w większych grupach. Nie nadążam za innymi, nie rozumiem rozmów, szłam i siedziałam wśród ludzi jak na tureckim kazaniu. Świadoma swoich ograniczeń starałam się nie mieć zbyt dużych oczekiwań, ale jednak czuję frustrację i niedosyt. Mam szczere wątpliwośći, czy chce mi się jutro jechać do Łopienki. Wybiera się na ten rajd były mąż D., którego znam od lat, więc może będzie mi z nim raźniej.

Powiadają (podobno muchy 😏), że w kupie raźniej. Łatwiej na pewno o mobilizację, zachętę, motywację. W pojedyn kę jest to bardziej wymagające, ale chyba czułabym się lepiej, sama sobie dyktując tempo, nie starając się rozpaczliwie usłyszeć i zrozumieć, o czym mowa dookoła. Cenię kontakt, relacje, ale najlepiej czuję się w tych kameralnych, z uważnością na rozmówcę. Nawet niedawna sytuacja pod "Biedronką" pokazała mi jakość indywidualnego kontaktu: gdy ładowałam zakupy na bagażnik roweru, zareagował na to jakiś pan, wymieniliśmy kilka uwag, on podpowiedział mi, jak radzi sobie w takich sytuacjach, a ja potwierdziłam, że robię tak samo (przywiązuję uszy siatki do siodełka i jeszcze na nich siadam, aby bagaż nie spadł). Błahe to, ale wiele mówi. Zdarza się, że ktoś wiedzący o moim niedosłuchu z zaskoczeniem stwierdza: "Ale ty przecież dobrze słyszysz". Tak, jeśli mam warunki, to się dogadam. Tłum, gwar i rozproszenie mi nie sprzyjają.

Naprawdę chciałabym zabawić się kiedyś w turystę indywidualistę i sprawdzić, czy mi z tym po drodze.

piątek, 2 października 2026

U progu popiątku (weekendu)

Wybieram dzisiaj przytulny i spokojny wieczór. Wybieram porządek wokół siebie i wybieram sprawczość. Wybieram psychiczny wypoczynek i poczucie, że czas jest mój.

Toteż pozwalam sobie na dużą kawę Inkę przy blogu, a potem odpalam reportaż "Nieświęty" o wspominanym niedawno Niemężu Chustki (wstawię może później stosowne linki, bo teraz już zaczynam ulegać presji czasu, ale można wpisać wspomniane hasła w Google i sporo informacji się znajdzie), zakładam słuchawki na uszy i biorę się za zmywanie oraz zamiatanie. Potem się spakuję na jutrzejszy rajd.

Choć finansowo październik będzie bardziej niż zwykle wymagający (syn rozpoczął studia), zaszalałam z grubej rury i zapisałam się na dwa rajdy: w sobotę po pięknym złotojesiennym Roztoczu, a w niedzielę do Łopienki w Bieszczadach. Łopienka słynie z pięknego obiektu sakralnego i niezwykłych dorocznych odpustów. PTTK co roku organizuje wyjazdy na tenże odpust, więc wahałam się, czy nie pozwolić sobie na tę imprezę innym razem, ale zdecydowałam się jednak pojechać. A kto wie, czy następnym razem nic mi nie przeszkodzi? Już raz niespodziewanie wylądowała w szpitalu bez całkowitej gwarancji, że z niego wrócę...

Dziś po pracy stwierdziłam, że w taką pogodę wracać prosto do domu się nie godzi. Miała być to krótka przechadzka, ale nogi zaniosły mnie aż nad rzekę i nadrzeczne bulwary. Bulwary zbudowano niedawno i stanowią sporą atrakcję dla mieszkańców. Ja, początkowo sceptyczna (bo znowu połacie ziemi zabrane przyrodzie), także doceniłam ich urok. Przyciągają spacerowiczów, dzieci, amatorów sportu i spędzania czasu na świeżym powietrzu. Dziś postanowiłam, że częściej będę tam bywać. Mam jakąś "zajawkę" na urozmaicenie trybu życia, próbowanie nowych rzeczy. Dziś widziałam pana na rolkach, który raczej nie był młodszy ode mnie. Kiedy wreszcie przestanę marzyć o nauczeniu się jazdy, a nie wcielę planu w życie? Za dużo marzę, za mało działam. A okoliczności bardzo mi sprzyjają, bo karta miejska, nowość wprowadzona przez władze naszego miasta, uprawnia mnie do darmowych przejazdów miejską komunikacją. Nie ma już wymówek, że daleko i nie po drodze. Dzisiaj z bulwarów również podrzuciłam się MKS-em.

Jeśli więc pogoda pozwoli i plany się nie pokrzyżują, w następną niedzielę spakuję swoje rolki, ochraniacze na kolana i łokcie - i ruszam na bulwary.

Ruch, nawet najbanalniejszy o niebo skuteczniej mnie regeneruje niż zapadanie się w kanapę przed monitorem. Dlatego internet zostawiam sobie "na deser", gdy już wszystko inne mam z głowy. A teraz marsz do kuchni ze słuchawkami w uszach.

Upiekę znowu chleb na sodzie.

Dorota z "Mało kasy..." też grubo po czterdziestce zadebiutowała na rolkach. Inspirująca dusza!

Wybierać

 ...dla mnie od zawsze istniał jeden Bóg, drażniły mnie podziały, nienawiść między wyznawcami, więc pozostałam przy własnym wewnętrznym umiłowaniu Boga i podążaniu za prawdą człowieczeństwa a nie, danej religii. 

Pod tym fragmentem blogu "Mało kasy, godne życie" podpisuję się oburącz - nic dodać, nic ująć, jest to również moje credo od lat. Cieszy mnie, gdy spotykam wierzących podobnie.

Pod kolejnym fragmentem również podpisuję się zamaszyście. Mowa w nim o jakże polskim (zapewne jednak nie tylko) zjawisku - powszechnym kwękaniu na drożyznę i niedostatek. Wielokrotnie wspominałam, że wyleczyłam się z tego gruntownie, choć dawniej nie było mi obce. Bałam się wydawać pieniędzy, pozwalać sobie na cokolwiek poza priorytetowe potrzeby.

Nie jestem rozrzutna, nie jestem zwolenniczką szastania pieniędzmi, ale bezrefleksyjne sknerstwo prowadzi do frustracji i zgorzknienia. Poza tym dziwnym trafem pospolitych narzekaczy stać na dziwnie wiele. Mam taką jedną znajomą, której ulubioną śpiewką jest rzekoma "ukryta eutanazja" w Polsce, która pomstuje na pańśtwo, które nie dba o obywateli i każe im wegetować. Żyje ona z renty chorobowej, bardzo niskiej, bo nie wypracowała okresów składkowych. Kłopoty ze zdrowiem na niezaprzeczalne, ale zdecydowanie wyolbrzymione. Nie tak chorzy pracują zawodowo i prowadzą na tyle aktywne życie, na jakie ich stać. A ona owszem, lamentuje, ale widzę na zdjęciach (Facebook, a jakże) pięknie ubraną kobietę, z nienagannym makijażem, co rusz na jakiejś potańcówce i przy zastawionym stole. Uboga i schorowana... Rozumiem, że każdemu coś się od życia należy, nie oczekuję, by chodziła w worku, jadła chleb i wodę, ale niech nie marudzi, jak to jej źle.

A mnie w moim życiu teraz dobrze. Widzę zupełnie inny ton na swoim blogu niż jakieś pół roku temu. Wróciła mi energia i motywacja do aktywnego życia. Trochę się sama sobie dziwię, że nie wpadłam wcześniej na rzeczy dość oczywiste, ale sądzę, że przynajmniej częściowo zawinił mój stan zdrowia i psychiki - a także pewne wyuczone schematy, które wreszcie widzę, nazywam i zmieniam, bo wiem wreszcie, jak to się robi.

Podstawą jest samoobserwacja. Jeśli kiedykolwiek przyjdzie mi komuś doradzać, jak zmienić swoje życie, to przede wszystkim zawsze podkreślę. Trzeba przyjrzeć się swoim myślom, zachowaniom, związkom przyczynowo - skutkowym. Bardzo tu pomaga medytacja, choć nie tylko. Jak by jednak tego nie nazwać, jaką teorią by nie obudować - trzeba zauważać swoje myśli, mowę, uczynki i... zaniedbania 😉 Zmieniać swoje przyzwyczajenia i sprawdzać, jak to działa.

Musiałam otwarcie przed sobą przyznać: w moim życiu dużo było ucieczki przed wyzwaniami, trudami, zmęczniem. Kiedy zrozumiałam mechanizmy swojego zmęczenia, zaczęłam poszukiwać rozwiązań.

Najpierw zrozumiałam, że to rodzinny dom wdrukował mi, że obowiązki to przymus, terror, ból i stres. Ucieczka w zmęczenie była moim mechanizmem obronnym. Długo tego nie potrafiłam połączyć ani uznać. Broniłam się bardzo przed "oskarżaniem" moich rodziców, łatwiej było mi samej sobie wymyślać od leni i życiowych oferm. Odważyłam się wreszcie zobaczyć i nazwać prawdę.

Potem dowiadywałam się, że droga do zmiany nie prowadzi przez wewnętrzny przymus. Paradoksalnie pomogło mi rozluźnienie, przyzwolenie sobie na bycie niedoskonałą. A teraz jestem na etapie, gdy już się chyba nasyciłam tym przyzwoleniem, narozkoszowałam, że nic nie muszę. Do tego realnie pomogło mi zaordynowane na oddziale dziennym leczenie farmakologiczne. Widocznie było mi potrzebne. Dopiero w ustabilizowanym nastroju, podniesionej energii zaczęło mi się chcieć coś robić - i zauważyć, jakie to pomocne w wychodzeniu z błędnego koła swoich niemocy. Bo bezczynnność bierze się z niemocy, a to generuje dalszą niemoc. Błędne koło trzeba przerwać, czasem samodzielnie, a czasem przy pomocy z zewnątrz.

Odkryłam, jak bardzo pozbawia mnie energii nadużywanie internetu. Jestem namiętną "czytaczką", a internet to istna kopalnia... wszystkiego. I tu właśnie rodzi się problem: nie wszystko jest warte uwagi i czasu, a jednak, jak to bodziec, wywołuje reakcję, ciekawość... No i nadmiar bodźców gotowy. Za dużo czasu przed ekranem, w bezruchu, metabolizm spowalnia - robimy się ospali, a czas przecieka nam przez palce. Kategorycznie postawnowiłąm z tym skończyć, co wcale nie znaczy, że całkowicie rezygnuję z internetu. Chcę jednak, by mnie karmił, a nie drenował wewnętrznie.

W życiu trzeba wybierać, jeśli pragniemy dobrego życia. Kasia Kowalska śpiewała: "Masz to, na co godzisz się". Może nie brzmi to odkrywczo, ale jakże jest prawdziwe.

czwartek, 1 października 2026

Urlop

Dzisiaj czuję zmęczenie, potrzebuję odpocząć, więc w ramach obijania się znowu otworzyłam blog.

Zaszalałam porządnie, bo zapisałam się na trzy wycieczki z PTTK, w tym dwie w nadchodzący popiątek. W sobotę jadę na Roztocze, a w niedzielę na słynny ponoć odpust w bieszczadzkiej Łopience. Wahałam się co do tej drugiej (co roku jeżdżą, może jednak wybrałabym się innym razem), ale koleżanka z pracy zachwala Łopienkę jako miejsce pełne uroku.

Nie piekę dzisiaj chleba. Kuchnia u Marty stawia dzisiaj na mleko i płatki oraz kaszę. Na jutrzejszy obiad wielka improwizacja.

Dziś ogłaszam urlop... menstruacyjny. Podobno gdzie niegdzie postuluje się takowe.

środa, 30 września 2026

Codziennostek nowa garść

Smakuje mi ostatnio moje najzwyklejsze życie. Nie ma w nim nadzwyczajności, adrenaliny, szaleństwa - i wcale mi to nie potrzebne. Smakuje mi jednak wszystko, czego doświadczam: pogoda, pieczenie chleba, jakaś zwyczajna ciepła rozmowa, książka czy dzisiejsze spotkanie z pisarką.
Pisarką jest młoda kobieta z naszego miasta, chyba tuż po trzydziestce. Napisała już drugą albo trzecią książkę. Miałam okazję dawniej poznać ją osobiście i czasami dyskutowałam o sztuce pisarskiej, bo i mnie słowo pisane nieobce. Spotkanie przebiegło bardzo naturalnie i sympatycznie, P. jest świetną rozmówczynią, otwartą, komunikatywną, ale daleką od wyniosłości i oficjalnego dystansu. Z prawdziwym zainteresowaniem słuchałam przeprowadzonego wywiadu z nią. Jej książki inspirowane są klimatem naszego prowicjonalnego miasteczka, więc miejscowym smakują wyjątkowo.

Zazdroszczę jej i nie tylko jej. Zazdroszczę wszystkim osobom, które odnalazły swoją pasję, drogą, siebie. Które dobrze wiedzą, kim są, potrafią siebie wyrażać i sobą się dzielić. Na przykład P., na przykład moi znajomi "sekciarze".

Śledzę poczynania niektórych z nich. Zdaję sobie sprawę, że fotki w mediach społecznościowych to tylko wizerunek ich życia, ale jacy są barwni, artystyczni, przykuwający uwagę i wzrok. Jakimi frapującymi rzeczami się zajmują. Porównania to przekleństwo, ale zdarza mi się czuć pospolicie i bezbarwnie wobec nich. Nie uważam się wprawdzie za osobę pospolitą, ale jakoś tak mało się czuję widzialna. Chociaż zaraz rodzi się pytanie: a kto cię, Marto, nie widzi? Może ty sama? Ludzie przecież dają mi dowody sympatii, uznania i to wcale nierzadko.

Tak czy siak, chciałabym zdobyć jakieś umiejętności, które szczerze by mnie satysfakcjonowały, wciągały, dawały radość, o których mogłabym opowiadać z pasją i błyskiem w oku. Zachęca mnie koleżanka do szkoły florystyki, inna daje przykład podejmując się kursu opieki nad osobami starszymi... a ja wciąż nie wiem, czego chcę, wciąż jestem na nic nie zdecydowana, a lata pędzą.

A z drugiej strony... i ciągle ta druga strona!... Znowu chce się zawołać: czy ty, Marto nie widzisz swojego pisania, swojego pieczenia chleba, swoich ciuchowych eksperymentów?

Tak, ale to wszystko jakieś takie... tylko dla mnie. A gdyby wyjść z czymś do ludzi?

Wszystko podobno musi dojrzeć w swoim tempie. Ziarenko w glebie też początkowo pozostaje niewidoczne, w ciemności... Ale jednak trzeba je podlewać... czym podlewać moje "ziarna"? Jak rozpoznać, czego potrzebują, jakiego są gatunku?

Ot, takie rozkminy... inni się rozwijają, idą do przodu, coś osiągają - a ja?

...Po pracy udałam się dzisiaj do gabinetu protetyki stomatologicznej. Ku ogromnej mojej uldze, naprawa połamanych w wypadku "zębów" okazała się możliwa i nawet niezbyt droga, niecałe dwieście złotych. Bała się, że pójdzie w tysiące. Uśmiecham się znowu jak człowiek, tylko siniec na brodzie jeszcze fioletowo się pyszni i podrapana warga wygląda jak pokryta solidną opryszczką. Widać jednak nieznaczną poprawę.

Potem poszła psychopatka  do szmateksu. Coś upolowałam, dziś było tanio. Mam świetne granatowe botki na sezon jesienno-zimowy i dżinsową sukienkę w stylu princeski. Marzyła mi się od czasów, gdy stały się bardzo modne pod koniec ubiegłego wieku. Mam w nosie, że dzisiaj inna moda, bo princeska to raczej klasyka. Jeśli zresztą kiedykolwiek było mi z modą po drodze, to głównie przez przypadek. Ot, zdarza się zbieżność z moim gustem.

"Dzieciątko" wyjechało dziś do miasta wojewódzkiego. Rozpoczyna od jutra studia. Oby jak najlepiej się na nich odnalazło. Z ciekawością wyglądam nowych wrażeń i już snuję błogie wizje, jak to sobie będę dogadzać, gotując w domu tylko dla siebie. Syn czasami sceptycznie odnosi się do moich innowacji oraz upodobań. Aczkolwiek chleb pieczony w domu to był strzał w dziesiątkę, podobnie jak mięsne dodatki do pieczywa. Postanawiam od czasu do czasu jak ta matka Polka narobić w domu jakichś pieczeni, pierogów, aby wypakować mu studencki plecak maminą wałówką.

Z codziennostek warto jeszcze wspomnieć o grzybach. Świeża dostawa od siostry, w tym najprawdziwsza kania. Ach, będzie jutro na śniadanko, panierowana w jajku i tartej bułce! Smak dzieciństwa wśród lasów, leśnych wycieczek z rodzicami, domu pełnego Mamy i Taty. Noszę go w sercu dniem i nocą.

...A w kuchni warzy się twaróg, bo coś z nastawionym jogurtem nie wyszło, szkoda go zmarnować.

wtorek, 29 września 2026

Codziennostki

Ach, jak miło i domowo! Upiekłam irlandzki chleb na sobie - pięć minut roboty, nie licząc czasu pieczenia, a ile radości. Czekam, aż nieco ostygnie i zaraz posmaruję sobie masłem taką jeszcze ciepłą pajdę. A do tego na przykład kakao - o rany! Cytując Młynarskiego - jak u mamy. Dla mnie domowa kuchnia ma przede wszystkim wymiar terapeutyczny.

Dojrzałam wreszcie żeby jasno sobie powiedzieć: z internetem, a zwłaszcza Facebookiem trzeba radykalnie przyhamować. To właśnie spędzanie czasu na kanapie w towarzystwie laptopa lub telefonu, powoduje, że się w gruncie rzeczy nie regeneruję po powrocie z pracy. Wiedziałam to przecież, ale długo bagatelizowałam. Wydawało mi się też, że to kwestia silnej woli - a to swoją drogą. Bez względu na wszystko w określonym momencie trzeba postawić szczelną i stanowczą granicę. Żadnych "jeszcze troszeczkę", "jeszcze tylko ten link kliknę". To największa pułapka, trzeba po prostu radykalnie ucinać to klikanie. Zawsze się przecież znajdzie zastanawiający nagłówek niepotrzebnej mi do niczego treści.

Dziś tak zrobiłam - po prostu zajęłam się czytaniem książki. Dosyć szybko zaczęło mnie "nosić", co też jest wyraźnym znakiem pogorszonej koncentracji (uważam, że to właśnie przez te internetowe przyzwyczajenie do powierzchownego czytania) i wtedy po prostu dałam ujście mojej uwolnionej energii w kuchni. A gdybym otworzyła chromebooka... Nie ma innego wyjścia z błędnego koła, jak po prostu je opuścić.

W dużej mierze nasyciłam się, a nawet przesyciłam sprawami, które tak bardzo mnie interesowały. Coś z tego oczywiście pozostało, mam swoje ulubione lektury w sieci, ale już nie chłonę tego tak łapczywie, pewne rzeczy z biegiem lat stały się dla mnie wtórne i oczywiste.

Może nadszedł wreszcie czas na inne pasje i zajawki?

Wczoraj poszłam do piwnicy, by wymienić swoją garderobę. Bałam się wilgoci, zapachów, ale o dziwo ciuchy mają się nieźle. Nawet sąsiadowi podsunęłam do powąchania i nie stwierdził nic podejrzanego.

Sąsiad, jak się okazało, dobrze wiedział, po co przyszedł mnie tam odwiedzić (przez okienka widać, światło). W pewnym momencie porozumiewawczo ściszył głos i zapytał, czy nie mogłabym go... poratować. Długo już nie prosił mnie o pieniądze po tym, jak mu odmówiłam ratunku po wcześniejszej bardzo długo nieoddawanej i sporej pożyczce. Niechętnie pożyczyłam mu pięćdziesiąt złotych (tyle chciał) i zapowiedziałam, że jeśli nie odda, zgodnie z obietnicą, do środy, "to ci urwę wiesz, co!". Roześmiał się i zapewnił, że słowa dotrzyma. Nooo, jak zobaczę, to uwierzę...

Dziś, proszę ja was, krzątam się po kuchni przy wypieku chleba, a tu nagle dzwoni telefon. Na ekranie: "T. - sąsiad". Odebrałam.
- Cześć, sąsiadka. Doma jesteś?
- No, jestem.
- A mogę do ciebie zajrzeć na chwilę? No, bo wiesz, chciałbym jeszcze się trochę podratować. Tylko pięćdziesiąt...
Nie słuchałam dalej.
- Nie, nie mam. Najpierw oddaj to, co ci wczoraj pożyczyłam" - oznajmiłam i wyłączyłam telefon. Za jakiś czas dzwonił znowu, ale odrzuciłam połączenie.

Nie ze mną te numery, T.