niedziela, 23 sierpnia 2026

Niedzielnie

Zaufać? Tak zatytułowałam ostatni post.

Właściwie - tak myślę - wszystko w życiu sprowadza się do tego krótkiego słowa. Robiąc swoje, po prostu ufać, że "płatki kwiatów sypią się w dół, jak trzeba". A mówiąc jeszcze prościej i dosadniej - co komu przeznaczone, to na drodze rozkraczone. Tak mawiają niektórzy moi starsi znajomi.

Przykłady można mnożyć, jak to szukał ktoś daleko, a znalazł tuż pod nosem.

Jak ważny jest spokój w tym naszych zwariowanych głowach.

Nieco bezładny ten wstęp, a wynikł z tego, że znowu życie mi pokazało: nie szalej, nie świruj, nie czekaj. Co ma być, przyjdzie, a jeśli nie - może tak właśnie jest najlepiej.

Mój znajomy jakiś ostatnio bardziej otwarty, a mnie z kolei z różnych stron i źródeł przyszła zachęta, by jednak wykazać więcej odwagi i inicjatywy, nie bać się... samej siebie. Przeto po dłuższych wahaniach pt. "Wypada - nie wypada", wysłałam wiadomość z pytaniem, co słychać, z krótką wzmianką o moich sprawach oraz o wspólnych znajomych. Reakcja była, nawet dość emocjonalna, bo na jedną towarzyską ploteczkę kolega odpowiedział, że jest w szoku, zupełnie podobnie jak ja. Dopisał, że pogadamy później, bo nie ma teraz czasu. Odpisałam: "jasne, nie ma sprawy", ale podskórnie czekałam... i nici z oczekiwań, odpowiedzi brak. Oczywiście liczyłam się z tym, więc przeszłam do porządku dziennego, ale widzę wyraźnie i nie pierwszy raz: drugi człowiek ma swoje granice i nic z tym nie zrobię. Jest po prostu, jak jest i nie pozostaje nic innego, jak zaakceptować fakty. Mój znajomy jest uczciwym, wartościowym człowiekiem, ale ma swoje progi i ściany na drodze do innych ludzi.

Jeśli zaś chodzi o towarzyskie newsy, dotyczą one związku, który narodził się między naszymi wspólnyim znajomymi. Dla mnie to istny, zaskakujący mnie mezalians. Ona jest kobietą subtelną, kulturalną, wrażliwą. On - no cóż... Moim zdaniem cwaniaczek i manipulant. Wczorajsze spotkanie z nimi utwierdziło mnie w tym wrażeniu. Owszem, da się z nim "całkiem po ludzku" porozmawiać, więc trochę złagodziłam swój sąd oparty na pierwszym wrażenie, ono jednak okazuje się nie bezpodstawne. Z zainteresowaniem zawsze obserwuję ludzkie relacje, więc i tym razem jestem ciekawa, jak to się potoczy i jak długo potrwa. Koleżanka twierdzi, że przepracowała swoje schematy i psychologiczne mechanizmy, a jednak wydaje mi się, że daleko od nich nie uciekła i padła ofiarą własnej empatii. Może jednak się mylę, kto wie?

A u mnie spokojnie. Wstałam dosyć późno i snuję się po domu w negliżu. Na dłuższą metę tego stanu nie lubię. Jest piękna niedziela, wzywa z daleka las, rzeka, polne ścieżki za miastem. Nie chcę, by czas wolny przeciekł mi przez palce. Wezmę się zaraz za gotowanie ogórkowej na obiad, a potem wskakuję na rower :)

P.S. W piątek po dłuższej przerwie odwiedziłam "sektę". Odpuściłam swoje dawne oczekiwania, przyjęłam do wiadomości, że sekta to nie pogaduszki z przyjaciółką, ale pewna struktura i ramy. I to okazało się bardzo dobrym podejściem. Spotkanie wypełniły szczere rozmowy i cenne wglądy. Wróciłam bardzo usatysfakcjonowana i - o dziwo - z poczuciem duchowej wspólnoty.

wtorek, 18 sierpnia 2026

Zaufać.

Dziś chłodniej - co za ulga! Jednak to chyba pogoda sprawiła, że energię mam cokolwiek niższą, ziewam i nie chce mi się za wiele robić. Na szczęście nie muszę, bo znowu nagotowałam na zapas, a i porządek względny mnie otacza. Jakoś mi jednak dziwnie bez tych wszystkich "muszę" i "powinnam". Jakoś tak sama nie wiem, czego chcę. Myślę, by wcześniej pójść spać, ale obawiam się, że obudzę się w środku nocy i nie będę mogła zasnąć. Minionej nocy też długo przewracałam się z boku na bok. Odzywa się też lęk, by nie wrócił depresyjny "zjazd", skoro odczuwam znużenie. Ale może nie, może to tylko strach ma wielkie oczy.

Wczoraj życie wyraźnie mi pokazało, że nie ma w nim próżni lub, że nie trwa ona długo.

Chociaż D. stanowczo mi się odechciało, tęskniłam za częstymi spotkaniami, towarzystwem. I wczoraj - co za traf! - zadzwoniła do mnie koleżanka poznana za pośrednictwem kolegi z hospitalizacji. Pogadałyśmy sporo czasu i czuję, że chyba mam nową koleżankę. Kolega podobno zachwalał, że byłabym dobrym towarzystwem dla niej, gdyż jesteśmy na podobnym etapie życia i sporo nas łączy. To miłe z jego strony. Wcześniej mówił mi, że ona mnie polubiła. To dla mnie znak, że biegowi rzeczy warto ufać.

sobota, 15 sierpnia 2026

Moja wyspa Bali

A tak mi się zachciało znowu przysiąść na chwilkę i utrwalić nastrój.
Nic się dziś nie dzieje, a tak mi dobrze, że po prostu muszę o tym napisać.

Ludzie wzdychają do wyspy Bali, często napotykam różne reklamy jej dotyczące, jakieś warsztaty terapeutyczne, wycieczki. A mnie przed moim domem dziś tak dobrze jak na wczasach pod palmami! Jestem taka zrelaksowana! Cudownie jest po prostu DOBRZE SIĘ CZUĆ, nie być zmęczoną, wykończoną, wyczerpaną. Rany! jak dobrze!

Obiad "sam" się dzisiaj przygotował. Uwielbiam poznany w internecie patent "na motyla". To sposób pieczenia kurczaka rozłożonego na płasko. Nacina się stworzenie na plecach wzdłuż kręgosłupa, a z przodu jednym solidnym ciosem gruchocze mu się kości. Tak spreparowane ptaszysko staje się płaskie i pięknie, na rumiano się piecze. Na blachę dorzuciłam młode kartofelki, których nawet nie obierałam, a jedynie porządnie oczyściłam. Przeszły smakiem kurczaka w przyprawach. Taki kurczak na motyla to maximum sukcesu kulinarnego przy minimum wysiłku. Do tego surówka z pomidorów "bawole serca", które dostałam od koleżanki - przepyszne!

Po tym obiadku delektuję się kolejną rozpoczętą książką: "Sześć tysięcy metrów prawdy". Jej autor, Marek Krauz był kiedyś gościem naszej biblioteki na spotkaniu autorskim. W książce opisuje swoją wyprawę w Himalaje. Nie jest to rewelacja literacka ani krajoznawcza, autor powierzchownie opisuje zwiedzane miejsca, mocno wdaje się w swoje dość oczywiste i nieco wyświechtane już dywagacje, jak to góry odkrywają w nas wewnętrzną prawdę i mierzą z potęgą natury. Napisane jednak jest to na przyzwoitym poziomie i jakąś tam przyjemność z lektury mam.

Idę znowu przed dom, z książką pod pachą, dopóki dzień trwa.

Obiadu wystarczy na jutro - hurra!

Ot, leci...

Ostatnio jakoś nie chciało mi się zaglądać do bloga. Wróciłam do pracy i mam mniej wolnego czasu. Dzisiaj też nie zamierzałam pisać, ale zajrzałam do Wodnikowej Panny, poczytałam, jak sobie trwa niespiesznie, po czym zachciało mi się jednak utrwalić kawałek własnego życia.

Moje życie też niespieszne, chociaż wiele spraw chciałabym jednak dopiąć na ostatni guzik... i na "chciałabym" kończę! Dwa kroki do przody, trzy do tyłu.

,Czuję się znakomicie, jeśli chodzi o nastrój. Kiedy nie rządzą mną "organiczne zaburzenia nastroju", niewiele - mam wrażenie - może mnie złamać. Mam mocne zasoby do radzenia sobie z przeciwnościami losu: refleksje przede wszystkim, wiedza nabyta z licznych rozmów i lektur, i nie tak małe już doświadczenie.
Mam zresztą teraz zupełnie dobre życie. Kłopoty zdrowotne - póki co - utrzymują się w ryzach, z pieniędzmi stabilnie i nie odczuwam braków, choć obiektywnie prowadzę skromne życie. Wcale mi to jednak nie przeszkadza, nie potrzebuję "cudów na kiju".

Jeśli chodzi o funkcjonowanie pod wpływem farmakoterapii, wczoraj miałam okazję przekonać się o różnicach. Był dzień jakiś niżowy pomimo pięknej pogody (dlaczego piękną nazywa się tylko słoneczną aurę? Deszcz także bywa piękny!), sąsiad narzekał na ból kolana, a ja czułam senność. Zrezygnowałam z planowanego basenu, by wypoczywać sobie i zdrzemnąć się w domu. Jednak było to zupełnie co innego niż wtedy, gdy rządziła mną choroba. Wtedy był emocjonalny "zjazd", żal, pretensje do siebie i niezadowolenie. Wczoraj po prostu chciało mi się spać - kropka, bez podtekstów. Chcę jeszcze nauczyć się radzić sobie z tą sennością, gdy potrzebuję jednak być bardziej aktywna.

Dziś dzień Matki Bożej Bolesnej czyli tzw. Zielnej. Wielkie święto w lokalnej parafii, której owa postać jest patronką. Kiedyś przyciągało mnóstwo ludzi, lecz od kilku, a może kilkunastu lat obserwuję malejące zainteresowanie - może dlatego, że niż demograficzny i dzieci mniej? Bo głównie najmłodszych cieszy odpust, rozstawione kramy z drewnianymi kogucikami, cukierkami-rybkami (rybki są iście kultowe, chociaż moim zdaniem dosyć mdłe i nieprzyjemnie szorstkie) i wszędobylską "chińszczyzną". Ja bez żalu odpuszczam dziś to lubiane skądinąd widowisko. Tyle razy już to widziałam...

Cóż jeszcze? Był w tym tygodniu Klub Pacjenta na terenie szpitala psychiatrycznego. Uczestniczę w tych spotkaniach, nawet jeśli nie wynoszę nic szczególnego. Wartością jest dla mnie, że jestem rozumiana, że kogoś obchodzę, że ktoś pyta, co u mnie i nie lekceważy. W kameralnej grupce czuję się otoczona przyjazną atmosferą i przyjęta taka, jaka jestem. A realnego wsparcia również doświadczyłam, dobrze mieć do niego dostęp.

Przy okazji zajrzałam na oddział dzienny, gdzie zostało jeszcze trochę znajomych z hospitalizacji. Personel trochę krzywo patrzy na wizyty obcych osób, bo może to działać deprymująco na innych pacjentów. Ośmieliłam się jednak naruszyć zasady. Pogadałam z kolegą i koleżanką, poczęstowano mnie obiadem, z którego ktoś zrezygnował. Wzbraniałam się początkowo, ale koleżanka przekonywała, że mogę jeść śmiało. Wielce zadowolona zabrałam się do pałaszowania, gdy pojawił się oddziałowy terapeuta, zastępujący chyba urlopowaną kierowniczkę, i wlepił mi solidny "paternoster". Należał mi się, nie protestowałam. Przeprosiłam i wyjaśniłam sytuację, znajomi też wzięli mnie w obronę. Speszyła mnie ta historia, ale koniec końców uśmialiśmy się z tego, gdy terapeuta opuścił salę.

Ot, i tak to leci...

Dzisiaj święto i leniuchowanie. Planów specjalnych nie mam, aczkolwiek w domu straszy i chcę trochę go uprzątnąć ;)

I wisienka na torcie: oswajam się z końmi na działce u siostry. Pogłaskalam bestie, a nawet przytuliłam się do jednej. Są cudownie spokojne i łagodne. Kochane.

PS. Korekta: Matki Bożej Zielnej to święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, natomiast Matki Bożej Bolesnej wypada dokładnie za miesiąc. Wybaczcie pomyłkę. Jednak to właśnie Zielna jest wielkim świętem u naszych dominikanów.
Uświadomiła mi ten błąd AI. przy okazji dowiedziałam się, że w dziesiejszy dzień (i nie tylko) dominikanie śpiewają "Salve Regina". Z ciekawości wysłuchałam tej pieśni i okazało się, że dobrze ją znam... z pogrzebów.

czwartek, 6 sierpnia 2026

Radość

 Ach, jak mi dobrze! To wystarczający powód do szczęścia. Po prostu dobrze się czuć.

W pracy równo i systematycznie, bez irytacji i nadmiernego znużenia, z należytym skupieniem (może tylko ociupinę "zjeżdżającym" po południu). W domu wystarczająco energii na szybkie przygotowanie obiadu, a obiadu dostatecznie dużo jeszcze na jutro. Leczo z cukinią, papryką i mieloną łopatką, a do tego ryż. Syn pomógł pokroić warzywa.

Syn dzielnie się spisał w ostatnich dniach, pomagając w pracach na działce siostry, oczywiście wraz ze mną. Wobec siostrzanych koni jest odważniejszy ode mnie, ufa zapewnieniom swojej cioci, że to zwierzęta łagodne i skłonne raczej do ucieczki niż ataku. Zapewne to racja, mają jednak swoje gabaryty i przez sam ten fakt budzą mój respekt. To już i tak sukces, że jestem w stanie przebywać na wyciągnięcie ręki od nich. Nie zmuszam się do niczego, liczę na powolne oswojenie się z tymi silnymi i dużymi zwierzętami. Fakt, że są zachwycające i wspaniałe w tej swoje sile, proporcjach, grającemu życiu w mięśniach.

Cieszę się, że chłopak przełamuje swój opór przed dokończeniem kursu prawa jazdy. Przerwał go na długo po niezdanym egzaminie z jazdy, zarzekał się, że on o jeździe nie marzy. Uporczywie przekonywałam go, że nie wiadomo, kiedy co się w życiu przyda, a dziś bez prawa jazdy na rynku pracy to niemal jak bez ręki, zwłaszcza w zawodach kojarzonych wciąż jeszcze głównie z mężczyznami. Niechże zrobi sobie to prawko i ma z głowy.

Wieczorem planujemy wspólną przejażdźkę rowerami, choć widzę, że pogoda stoi pod znakiem zapytania. Wyraźnie się chmurzy. Ot, czas pokaże. Również na rowerze moja pociecha jakoś chętniej ostatnio jeździ. W niedzielę pokonaliśmy prawie dwadzieścia kilometrów. Zazdrościłam młodemu szybszego niż mój pojazdu. W drodze spotkaliśmy polnego chomika, tzw. europejskiego. Syn widział to zwierzę po raz pierwszy w życiu. Chomik zamarł na widok mojego dziecka, a gdy na miejsce dotarłam ja, zerwał się i co sił w nogach, popędził w pole kukurydzy. "Widzisz, Misiek, tego w domu nie wysiedzisz", skwitowałam.

Teraz mam chwilę dla siebie. Blog już "zaliczony" a w pogotowiu czeka "Ditta".

I jak tu się nie cieszyć?

niedziela, 2 sierpnia 2026

Niedziela

Jak dobrze znowu czuć entuzjam i chęć doświadczania, życia. Przyjemnie było o godzinie ósme rano spacerować ulicami miasta, w którym na co dzień się nie bywa, ulicami niewydeptanymi rutyną,  nieopatrzonymi powtarzalnością.

Lubię to moje obecne, wspierane przez medycynę życie, jest mi dobrze. Moja przyjaciółka bardzo sceptycznie i nieufnie odnosi się do moich psychotropów, wypytuje, czy nie czuję się sztucznie, czy nie jestem otępiała. Nie, nie jestem.

Poprawa nastroju nastąpiła subtelnie, lecz bardzo wyraźnie, wciąż czuję się sobą i autentyczną. Po prostu mam więcej energii, a za tym idzie lepszy humor. Czyż może nie cieszyć, że po miesiącach wyczerpania, wreszcie czuję się dobrze? A nawet jeśli to sztuczne? Wolę sztuczną dobrą formę od naturalnego (?) "doła".

Jest mi teraz w moim życiu dobrze. Mam wszystko, czego mi trzeba: dobre jedzenie, przyzwoite ubranie, pracę, która zapewnia mi środki nie tylko na podstawy, ale i dzisiejsze Tulaste Randki na przykład. Zdrowotne kłopoty - dziękować Bogu i medycynie - opanowane. A świat wciąż zachwycający, lato w pełni, a ja z zachwytem przyglądam się bocianom za miastem i zielonym lasom. Wczoraj oswajałam się z końmi mojej siostry.

Jest mi tak dobrze, spokojnie... Mogę za ShataQs, piosenkarką powtórzyć: "Jestem wreszcie w swym  królestwie". Wypełnia mnie dziś to uczucie.

A Randki? Randki były pełne ciepła i zwyczajnie interesujące. Był to warsztat na temat bliskości, dotyku, stawiania granic, a także dawania sobie przyzwolenia na to, czego pragniemy i co nam potrzebne w relacjach z drugim człowiekiem. Była mowa o znaczeniu dotyku dla naszego zdrowia i dobrego funkcjonowania oraz o tym, jak można podarować sobie ten dobry dotyk również samodzielnie. Warto przytulać się całym ciężarem do drzew, można ciasno owinąć się szalem, o czym nie wiedziałam, a chętnie to wykorzystam. Są też kołdry obciążeniowe i inne przydatne przedmioty. Patent z szalem wypróbuję na pewno, bo na kołdrę obciążeniową szkoda mi pieniędzy i miejsca w domu (a myślalam o niej nieraz).

Rano miałam zabawną przygodę. Idąc wolnym krokiem przez R-owski rynek, usłyszałam, że ktoś coś do mnie woła. Młody chłopak pytał, czy szukam czegoś, bo rozglądałam się wokoło. Okazał się niezwykle rozmowny i śmiały, zaproponował spacer. Ponieważ miałam jeszcze sporo czasu do spotkania, a chłopak był kulturalny i uprzejmy, zgodziłam się na przejście się razem i posiedzenie na ławeczce (żadnych ustronnych zakamarków!). Nie dążę na każdym kroku do potwierdzenia własnej atrakcyjności, ale nie zaprzeczę: połechtało mnie to zainteresowanie. Chłopak sam przyznał, że wraca z wesela i jest pod wpływem alkoholu, stąd zapewne jego śmiałość. Wyznał, że lubi dojrzałe kobiety, pytał, czy dam mu numer telefonu. Oczywiście z uśmiechem odmówiłam i granice wyznaczyłam zdecydowanie, ale oceniam to przypadkowe spotkanie jako sympatyczne, nieszkodliwe i poniekąd zabawne. A ja po raz nie wiadomo który w życiu mam potwierdzenie własnego poglądu na atrakcyjność: jeśli mam się spodobać, to naprawdę nie muszę stawać na uszach!

Z R.wróciłam w okolicach godziny dwunastej, podwieziona przez nowo poznaną uczestniczkę warsztatu. Wysiadłam z jej samochodu koło cmentarza w naszym mieście, więc przy okazji odwiedziłam grób Rodziców. Kosili tam trawę niedawno, więc pozamiatałam obsypany nią grobowiec pożyczoną od "sąsiadów" szczotką. Posiedziałam, podumałam, pokontemplowałam spokój tego miejsca. W drodze powrotnej ujrzałam znajomą sylwetkę. Koleżanka pięknie wyglądała w letniej, niedzielnie eleganckiej sukience, a towarzyszył jej mężczyzna... z którym podobno definitywnie zerwała jakiś czas temu. Nastąpiło to nie po raz pierwszy, ale znam rozsądek S. i nie martwię się o nią. Dziś jednakże zażartowałam: "To może nie wygłupiajcie się już", wyrażając swoje miłe zaskoczenie, że znowu ich widzę razem.

Wreszcie dotarłam do domu, wypiłam nieprzyzwoitą ilość Pepsi, którą kupiłam jeszcze wczoraj przed wyjazdem na działkę mojej siostry, do jej koni. Wyzerowałam ją, jak mawia mój syn.

Wczoraj na basen nie poszłam z powodu wyjazdu na działkę. Zamierzałam wybrać się dziś wieczorem, lecz właśnie moje osobiste potomstwo zaskoczyło mnie propozycją wspólnej przejażdżki na rowerach wieczorem.
Synusiowi, nawet dorosłemu, się nie odmawia! Nieczęsto już uprawiamy wspólnie sport.

sobota, 1 sierpnia 2026

Tulaste Randki*

Raniutko jest, ale gdy się ma odpowiednią motywację, to i ranne wstawanie niestraszne.
Pozwalam sobie dziś na małą fanaberię: Tulaste Randki w mieście wojewódzkim, jakieś tajemnicze warsztaty na temat bliskości i relacji. Zaciekawiło mnie ogromnie ogłoszenie na Fejsie, więc skorzystam z tej okazji i - mam nadzieję - atrakcji.
Jak wrócę, to opowiem!

*Nie wiem, z jakiego powodu na blogu "ustawiła" mi się sobotnia data. Post powstał dziś - w niedzielę, drugiego sierpnia.

Codziennostki, drobnostki.

W poprzednim poście kilka razy pod rząd powtórzyłam: "na przykład". Miej się na baczności, korektorko tekstów in spe!

Dziś nieznośny upał, ale podkusiło mnie zajrzeć do szmateksu, w którym wczoraj wypatrzyłam wspaniały żakiet z lnu, w kolorze pomarańczowym, długą czarną spódnicę w białe grochy, zwiewną taką, na ciepłe dni, oraz kapitalnie leżace na mojej figurze spodnie. Jęknęłam jednak, gdy usłyszałam cenę, zostawiłam sobie tylko jedną, potrzebną bluzeczkę, a resztę zostawiłam... do dzisiaj, bo dziś przecena. Żakiet ktoś już, niestety, zdążył capnąć przede mną, ale spodnie i spódnica były! Coś jeszcze do tego dorzuciłam - i solennie sobie obiecuję, że pierwszy sierpnia jest ostatnim dniem mojej wizyty wśród używanej odzieży na cały nadchodzący miesiąc. Zabraniam sobie nawet zaglądać, bo nie ma mocnych: moje wprawne oko zawsze coś wypatrzy, a potem i tak się  nosi tylko te rzeczy, które najłatwiej na siebie wrzucić, albo najbardziej się kocha.

Naszła mnie jednak jakaś chętka, by "podrasować" swój wizerunek i więcej uwagi poświęcać odzieżowym zestawom. Mam tę szacowną pięćdziesiątkę i może warto nie tyle się postarzyć, co z szacunkiem do swojej dorosłości podkreślić ten fakt. Ot, więcej uważności i kreatywności na co dzień.

Wyczytałam wczoraj u AI, że nawet paznokcie można ozdobić bez konieczności malowania, bo istnieją specjalne naklejki, dające zupełnie zadowalający efekt. Niestety, tradycyjny lakier jest dla mnie za trudny, gdyż drżą mi ręce i nie umiem go nanieść, nie wyjeżdżając "za margines". Spróbuję z tymi nalepkami i będę "aligancka i ze szykiem"!

Z nowinek codziennych, kilka razy spotkaliśmy się w ciągu ostatnich dni z kolegą wiadomym (mowa we wcześniejszych postach). Czas jednak nam nie sprzyjał, wzywały go różne sprawy, tak więc spotkania były raczej przelotne. Ciekawa jestem, jak się potoczą dalsze losy tej znajomości.

Z miasta wróciłam spocona jak nieboskie stworzenie. Pospiesznie ogarnęłam rozgardiasz w domu, ugotowałam makaron do smażonego niedawno musu z papierówek, a teraz chwilkę odpoczywam. Czytam "Dittę" Martina Andersona Nexo. Znana mi to już lektura i to od wielu lat, jakoś jednak sięgnęłam od niechcenia po leżący w bibliotece na biurku egzemplarz i przepadłam. Nie ma jak te solidne dawne powieści o niebłahej treści i starannym języku oraz zajmującej akcji.

Wieczorem pójdę może na basen. Może zachęcę też syna.


PS. Ajajajaj! A czy pochwaliłam się, że radykalnie ograniczyłam sobie obcowanie z Facebookiem? Bezlitośnie usunęłam aplikację z telefonu i zadowolona jestem z efektu.

sobota, 25 lipca 2026

Trzeźwość

Jaki spokój wreszcie. Umilkła cyrkularka, którą sąsiad rżnął drewno na zimę. Zniosłam ten hałas bez marudzenia, bo przecież rozumiem konieczność, ale dobrze, że już ucichła.

Napisałam w poprzednim poście o trzeźwości i zachciało mi się poświęcić jej kolejny wpis. Niby temat banalny, a żywotny.

Podobno młodzi ludzie, poszukując swojej tożsamości "przymierzają się" do różnych stylów bycia. Zdarza się, że taka pryszczata jejmość jest dzisiaj hipiską, nazajutrz gorliwą katoliczką, a chwilę potem przywdziewa garnitur, szpilki i zasuwa do pracy za biurkiem. Starsi mówią wtedy:  "Znormalniałaś!", "Spoważniałaś".

Ja za młodu czułam się samotna i osobna. Nie pociągało ,mnie sztuczne strojenie się w wizerunek i narzucone poglądy, buntowałam się przeciwko określaniu się poprzez strój czy słuchanie określonej muzyki, a jednak zazdrościłam mojemu towarzyskiemu rodzeństwu licznych znajomych. Był potem w moim życiu epizod z bywaniem na głośnych imprezach, gdzie alkohol lał się całkiem obficie, z zabawą dla samej zabawy i ogólnej wesołości. Zadziwiały mnie niektóre sprawy, czasami i gorszyły, ale cieszyłam się, że mam paczkę znajomych, jestem wśród ludzi. Potem poznałam mojego męża i życie zdominowały inne sprawy, obowiązki, macierzyństwo z jego blaskami i cieniami. Nastały inne priorytety.

A wiele lat później, gdy zostałam sama, poznałam D. D. była i jest rozrywkową kobietą. Oczywiście w granicach rozsądku, ale nie trzeba jej było namawiać na imprezę, festyn w mieście, koncert w innej miejscowości. Mamy sporo wspólnych, zwariowanych wspomnień, do których się uśmiecham. Z czasem jednak zaczęłam zauważać różnice w naszych przyzwyczajeniach i stylu życia - w tym stosunku do alkoholu.

Ja nie byłam przyzwyczajona do picia. W moim rodzinnym domu alkohol pojawiał się sporadycznie i okazyjnie z powodu wizyty rodziny na przykład. Nie było picia piwka ot tak, przed telewizorem na przykład. D. potrafi kupić sobie butelkę jakiejś wiśniówki w powszedni dzień, by jej sobie dodać do herbaty na przykład. Dosyć często umilała alkoholem nasze wspólne wieczory. Nie miałam nic przeciwko, bo w końcu, jak mówią, wszystko jest dla ludzi. Z czasem jednak zauważyłam, że trochę tego przydużo, za często. Mnie na to szkoda pieniędzy, wolę za nie pójść do kina czy zaszaleć w szmateksie, kilka razy odmówiłam kupna "piwka". Ciągoty D. do alkoholu zauważyła również nasza wspólna koleżanka, więc chyba istniały podstawy do moich spostrzeżeń.

W międzyczasie przeżyłam przelotny romans z alkoholikiem. Właśnie z powodu nałogu znajomość okazała się jedynie epizodem. To mi wyostrzyło spojrzenie na "kulturę picia". Kulturą ironicznie określam obudowywanie życia, szczególnie tego towarzyskiego wokół alkoholu, traktowanie go jako nieodłącznego elementu zabawy. Widzę z bliska, bo mam za ścianą nałogowego pijaka, jak nadużywany trunek zubaża osobowość i rujnuje codzienność.

Nie chciałabym zostać tu odebrana jako walcząca, ortodoksyjna abstynentka, ale zaczęła mnie razić płytkość i pustota niektórych rozrywek, zresztą nie tylko tych zakrapianych, jednak te się wyróżniają, bo wiadomo, że alkohol rozhamowuje. Ma to związek z moją większą psychiczną przemianą, którą od dłuższego czasu bardzo wyraźnie odczuwam: szkoda mi po prostu czasu na rzeczy miałkie.

To wszystko doprowadziło mnie do obecnego punktu widzenia: alkoholu nie potrzebuję, a już na pewno nie za cenę zdrowia. Choć lubię te słodkie i nawet do pewnego stopnia ten delikatny rausz, nie jest wart ani pieniędzy, ani odstawiania dla niego leków, które tak mi pomagają normalnie żyć.

Farmakoterapia to nie samo zło

Edukuję się, kurrrde mole 😉
U AI wyczytałam, że popełniam błąd samowolnie przerywając na weekendy kurację encortonem. Podobno bardzo sobie w ten sposób szkodzę, bo "na" encortonie organizm przestaje produkować dostateczną ilość kortyzolu odpowiedzialnego za energię życiową. Szanowna sztuczna (inteligencja) stwierdziła wręcz, że może to być przyczyną moich "zjazdów". Skończyłam więc z przerwami na własną rękę, chociaż nie jestem zachwycona uzależnianiem się od środków farmakologicznych. Pomysł na "dyspenzę" wziął się stąd, że zaleconą mam przerwę w zażywaniu mojego drugiego stałego lekarstwa, hydrochloroquiny (kto tę szaloną nazwę wymyślił w miejsce dawnego plaquenilu?), więc odpuściłam sobie na te dni całego mojego "Mendelejewa". Ale już będę grzeczna, zastosuję się do wytycznych i nie wydziwiam. Zestaw ten uzupełnia jeszcze witamina D, której miałam niedobór, ale ostatnie badania wykazały, że poziom się podniósł. Miesiąc temu psychiatra niezależnie od reumatologa dorzucił mi zotral.

Farmakoterapia, odsądzana gdzie niegdzie od czci i wiary, bywa po prostu potrzebna. Nie wiem jeszcze, jak encorton, ale specyfik od psychiatry ewidentnie działa. Nie mogę uwierzyć, że można się czuć tak po prostu normalnie i dobrze ; prawie zapomniałam, jak to jest. Dziwię się, jak żyłam z notorycznym zmęczeniem i jak je pokonywałam.

Mam nadzieję, że nie przejdę całego życia na lekach, ale się z tym liczę i jeśli mają podnieść jakość mojego życia, nie zamierzam się przed nimi wzbraniać.

Tylko szkoda, że się już wina nie napiję albo mojego ulubionego ajerkoniaku. Ale to kosz wart swojej ceny, a trzeźwość i autentyczność są same w sobie cenne... i to nie slogan bynajmniej.