piątek, 10 lipca 2026

Meldunek z pościeli

Nic specjalnego nie mam dzisiaj do napisania. Ot, zwyczajny, wolny dzień, niespieszne przedpołudnie w pościeli. Cieszy mnie perspektywa czasu dla siebie, nie chcę go jednak zmarnować i "przebimbać".

Wzięłam się znowu za kurs korekty. Jakoś zeszła ze mnie presja i przymus, co ogromnie ułatwia mi pracę. Nie wiem, dlaczego z takim trudem szło mi to dawniej. Powodzenie mnie dopinguje!

Koleżanki i koledzy z hospitalizacji założyli grupę  do komunikowania się przez WhatsApp. Nie wiem, na jak długo starczy im zapału do rozmów (znam te zapały z niejednego doświadczenia), ale cieszy mnie możliwość osłodzenia sobie samotnych domowych wieczorów. Koledze, z którym relację bardzo sobie cenię, powiedziałam, że nie gryzę i żeby się odzywał, kiedy przyjdzie mu ochota. Jest dla mnie szczególnym towarzyszem z oddziału przez wspólne zeszłoroczne wspomnienia i pewne podobieństwa we wrażliwości oraz spojrzeniu na wiele spraw.

Zastanawiam się, dlaczego tak wiele w moim życiu pragnień, marzeń, a tak mało realizowania. Chciałabym to zmienić, przecież czas ucieka. Tymczasem ociągam się, nawet gdy sprawa jest przyjemna i wartościowa, blokuję się rzeczywistymi i wyimaginowanymi przeszkodami. Rasowa prokrastynacja.

Powzięłam pewne postanowienie na najbliższe dni, ale pochwalę się dopiero, gdy mi się uda wcielić je w czyn.

czwartek, 9 lipca 2026

"Absolwentka"

Zapodziałam gdzieś z rana pewien potrzebny drobiazg, przez co wywróciłam mój pseudosalon do góry nogami. Teraz, po powrocie z miasta na sam widok żołądek mi się podszewką wywraca. To powiedzenie - czyjeż by inne, jak nie Mamy? Mama miała sporo takich barwnych porzekadeł.

Rano wpadłam na chwileczkę na oddział, bo zapomniałam wczoraj dopilnować sprawy zwolnienia lekarskiego, aby dać sobie kilka dni "oddechu" po zakończeniu hospitalizacji, a nie tak od razu do pracy. Zamieniłam kilka słów ze współpacjentami, którzy ciepło mnie potraktowali. Wczorajsze rozstanie z oddziałem również odbyło się bardzo przyjaźnie. Przy tej dzisiejszej okazji poprosiłam lekarza o wyjaśnienie kilku zagadkowych sformułowań ze szpitalnego opisu. Brzmiały one dramatyczniej niż się okazało.

Potem rundka do szmateksu, bo przecież jako "absolwentka" psychiatryka całkiem normalna nie jestem (i chwała Bogu! normalni są nudni!). Z odrobiną wyrzutów sumienia nabyłam kilka fatałaszków po trzy złote za sztukę.

W drodze powrotnej kupiłam w lokalnej znanej restauracji kilka krokietów z mięsem na obiad. Jestem już w domu i za chwilę je spożyjemy z "synkiem tycim - malucim". A potem spokojne popołudnie w domowych pieleszach: trochę pracy i sporo relaksu.

Witaj, wolności (domowe L-4 do końca przyszłego tygodnia)!

P.S. Z kolegą Bogusiem niedomówienia wyjaśnione. Rozstanie przyjazne i z obietnicą bycia w kontakcie. Na pożegnanie oblałam go obiadowym kompotem, którego kubek trzymałam w dłoni, obejmując go na pożegnanie. Podobno plam na koszulcenie stwierdzono.

poniedziałek, 6 lipca 2026

Smutno

Czuję smutek i rozbicie psychiczne.

Jutro zapewne zostanę poproszona o podsumowanie swojego pobytu na oddziale. I cóż ja mogę powiedzieć? Nie podzielam powszechnych zachwytów, jaka to wspaniała atmosfera panuje wśród pacjentów i personelu, chociaż owszem, ludzie są życzliwi. Jednak dla mnie za dużo tu hałasu, a za mało głębi, zatrzymania się, spokoju. Oddział bardzo mnie męczy i powoduje poczucie samotności w tłumie, nieważności, odrzucenia.

Przykro mi, że nie skorzystałam w pełni z oddziałowych relacji ani nie nawiązałam z nikim bliższej więzi.

niedziela, 5 lipca 2026

Ulga

Wczoraj jak grom z jasnego nieba spadła na mnie wiadomość o zaginięciu młodego chłopaka z mojej bliskiej rodziny. Rodzice przeżyli horror, a ja oczami wyobraźni widziałam jego pogrzeb. Dziś matka chłopaka napisała, że się odnalazł. Nie chcę tego opisywać, to zbyt prywatne, ale gnojek (mentalnie, nie wiekowo) wykazał się skrajną nieodpowiedzialnością. Należałoby się lanie na kwaśne jabłko.
I to właściwie wszystko na dziś. Albo prawie wszystko.

W planach mam czytanie książki pożyczonej od Bogusia, bo najwyższy czas ją dokończyć, trzeba niebawem zwrócić koledze jego własność, ponieważ dobiega końca moja hospitalizacja. Na obiad dogodzę sobie francuskim daniem clafoutis z czereśniami, które wreszcie wczoraj wydrelowałam do końca. Pomogła mi trochę sąsiadka, która przed moim domem przysiadła się na pogawędkę. Potem przyszła jeszcze T-owa i miło, lekko spędziłyśmy ten czereśniowy wieczór. To lubię!

Wpadła też w odwiedziny koleżanka ze swoim psem, co mnie bardzo ucieszyło, bo dawno się nie widziałyśmy. Gdy emocje ze znaną nam obu D. opadły, zyskałam poczucie większej klarowności w moich relacjach. Jakoś tak przejrzyściej, chociaż chwilami pusto w uwolnionej przestrzeni. Sądzę, że to stan przejściowy, bo natura nie znosi próżni i prędzej czy później pojawi się coś lub ktoś w zamian. A przynajmniej nie rozpraszam swojej energii na ludzi tego niewartych. Więcej czasu na tę książkę od kolegi i inne obchodzące mnie sprawy.

czwartek, 2 lipca 2026

Meldunek z dzisiaj

Jaka cudowna pogoda dzisiaj! Polało deszczem i ochłodziło się, Oddycham z ulgą.

Na oddziale dzisiaj dzień był niezły, choć miałam chwilę kryzysu, gdy zrobiło się gwarno i głośno. Opanowałam się jednak, a i ludzie okazują się pomocni, gdy się im taką potrzebę zasygnalizuje. Kolega Boguś nawet zaproponował, że będą przy mnie mówić pojedynczo. Miło...
Jutro być może zostanę poproszona o podsumowanie swojej hospitalizacji, bo to już przedostatnia terapia grupowa, w której będę uczestniczyć. Za tydzień kończę swój pobyt. Podsumowanie nie będzie jednoznaczne, bo ten szpitalny czas był dla mnie słodko - gorzki. Ośmielę się nawet powiedzieć, że z przewagą trudności. Ale i z wartościową nauką: mamy realny wpływ na własny stan psychiczny, możemy w życiu wybierać, czy lepiej użalać się nad sobą, czy poszukiwać rozwiązań. To poszukiwanie to wyzwanie nie lada, o wiele łatwiej jest grzęznąć w emocjach. Żałuję, że tak późno zaczęłąm otwierać się na innych pacjentów i inne rozwiązania swoich problemów. Mimo że widzę możliwości, nie znaczy to, że w cudowny sposób zniknęły niemiłe uczucia. Nawet dzisiaj popłakałam się w ukryciu z przykrości i rozdrażnienia hałaśliwymi zajęciami.

Po wyjściu z oddziału przejechałam się do Urzędu Pracy po stosowne zaświadczenie potrzebne do starań o rentę. Mają mnie zawiadomić, kiedy będzie gotowe. Zapomniałam natomiast o poczcie (przyszło avizo) i rejestracji do lekarzy (neurolog, laryngolog). Jutro trzeba to załatwić - jak amen w pacierzu.

środa, 1 lipca 2026

Czereśniowe refleksje.

Oj! Huśta mną i huśta. Co dzień to inny nastrój, ale zauważyłam, że mam na to spory wpływ. Jak powiedziała koleżanka z oddziału - nikt tak nam nie potrafi spieprzyć życia jak my sami. W depresji trudno zmusić się do jakiejkolwiek aktywności a jednak warto. Podkreśla się znaczenie najmniejszych sukcesów w pokonywaniu siebie, porządkowaniu dnia, odnajdywania celu w swojej codzienności.
Depresji mi nie zdiagnozowano, ale zaburzenia nastroju są moim udziałem i potrzebuję sobie z nimi radzić. Miałam wypróbowane sposoby, o których ostatnio skutkiem różnych trudności zapomniałam. Trzeba je wpisać w plan dnia niczym zadania. Nie tylko małymi krokami realizować plany, ale też pamiętać o przyjemnościach, przed którymi często powstrzymuje zwykłe wygodnictwo. Najłatwiej przecież wylegiwać się na kanapie i snuć się z kąta w kąt. Znam jednak opowieści osób, którym w depresji zalecono spacery i te - początkowo wykonywane z niechęcią - po jakimś czasie pomagały.

Wczoraj skorzystałam z zaproszenia znajomej na czereśnie. Jedna z moich dwóch przyjaciółek, od lat mieszkająca za granicą, poprosiła mnie, bym skontaktowała się z jej mamą, która nie odbierała od niej telefonów. Niepokoiła się, jak mama radzi sobie w okrutne od kilku dni upały.
Zadzwoniłam więc. Pani A. nie od razu odebrała, ale w końcu się odezwała  i uspokoiła, że u niej wszystko w porządku. Popytała, co u mnie, zrelacjonowała pokrótce swoje sprawy, po czym zaprosiła mnie do siebie na czereśnie. Pomimo upału i niechęci do ruszenia się z domu, jednak wybrałam się na wieś - i nie żałuję.
Tam też oczywiście gorąco, ale jednak inne powietrze i inny świat. Zieleń, natura, spokój. Stojąc wysoko na drabinie nazbierałam wiadro słodkich owoców, naprawdę przepysznych. Potem rozmawiałyśmy na podwórku, przyglądając się zaniepokojonemu naszą obecnością kwiczołowi. Ptaszek polatywał z miejsca na miejsce, coś tam po swojemu wykrzykując, a ja miałam okazję sfilmować go za pomocą telefonu.

Pani A. już chyba dobiega osiemdziesiątki, jest, o ile mi wiadomo, starsza kilka lat od moich rodziców. Dzielnie radzi sobie w gospodarstwie, ale czułam cień smutku na jej widok. Po dłuższej przerwie w kontakcie zauważa się upływ czasu. Kilka lat temu owdowiała i teraz sama "ogarnia" ogród, dom, drób. Roboty jej nie brakuje. Wstępnie umówiłyśmy się na jesienny zbiór orzechów.

Ta wyprawa na wieś prawdziwie mnie wczoraj zrelaksowała. Miałam poczucie dobrze spędzonego czasu, cieszył mnie też kontakt z drugim człowiekiem. Choć daję sobie radę we własnym towarzystwie, jednak prawdziwie ożywczo działają na mnie dobre relacje.

Potrzebuję je odbudować, bo odkąd D. poszła w odstawkę, zrobiło się w moim życiu... luźno.

Dziś natomiast poczyniłam pierwszy krok w drodze do renty chorobowej. Wybrałam w ZUS-ie stosowne formularze. Boję się tej drogi, ale czy cokolwiek mam do stracenia? Najwyżej mi tej renty nie dadzą.

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Żal

Staram się być dzielna, ale nie zawsze wychodzi. Zdaję sobie sprawę, że muszę mocno popracować nad akceptacją swoich ograniczeń. Ale przychodzą chwile, gdy chce się usiąść i płakać, chociaż obiecywałam sobie nie przejmować się tak bardzo. Obiecywałam sobie mieć dystans i nie udaje mi się.
Zachciało mi się dzisiaj płakać, gdy w gwarnym pokoju ludzie zapalczywie dyskutowali o różnych ciekawych sprawach, a ja nie miałam szans ani w pełni usłyszeć, ani powiedzieć czegoś od siebie.
Boguś, moja zeszłoroczna ostoja w hałaśliwym gronie, w tym roku zawiódł i smutno mi, że może już nie będzie tak jak wcześniej, że go przerosły te komunikacyjne problemy. Zosia zaczęła zwierzać się ze swoich myśli, ale gdy wtrąciłam swoje trzy grosze, nie dała mi dojść do słowa.
Eeeech!

...I w ogóle czuję się beznadziejna, przysparzająca innym samych problemów.
Tak, wiem: żal przeze mnie przemawia i chwilowe emocje. Ale je mam i już.

niedziela, 28 czerwca 2026

Snuję plany

Poprawia mi się samopoczucie, choć jeszcze po drodze zdarza się gorsza chwila. W długiej telefonicznej rozmowie przyjaciółka powiedziała, że teraz jest ze mną "zupełnie inna gadka". Nie mam już tak silnych "zjazdów", nie przesypiam też popołudni, jak jeszcze niedawno. Coś mi się chce robić, działać, żyć. Jak dobrze!

Powtarzam się, ale czuję spory wstyd, że czasami demonstrowałam swój zły nastrój całemu światu. Jak rozhisteryzowana smarkula. Boguś bardzo grzecznie, ale jednak wylał mi na głowę kubeł zimnej wody i dobrze zrobił.

Dzisiejsza niedziela upalna i leniwa. Wczoraj popływałam na basenie (cudownie!), a dziś leniuchuję w domu, czytając i snując plany na najbliższą przyszłość.

Chcę wreszcie uprzątnąć mój blaszany garaż i wynająć go jakiemuś posiadaczowi samochodu. Zapewni mi to pieniądze na różne dodatkowe potrzeby i drobne zachcianki. Umyśliłam sobie, że bez kombinowania i ceregieli zakupię do piwnicy jakiś niedrogi regał w jakiejś Mrówce czy innej Castoramie. Podobno są takie plastikowe, których cena nie "zabija". Planuję też "ożenić" mojego szwagra z robotą: niech mi zrobi pakę na brykiet pod oknem przed domem i niech ta paka posłuży mi też za stolik pod kawę na świeżym powietrzu. Mój dotychczasowy stolik przeniosę na tył domu i dokupię sobie do niego parasol, bo za domem jest bardzo słonecznie. Tam, z tyłu budynku mamy ogródki działkowe, zieleń i więcej prywatności, bo sąsiedzi nie przechodzą co chwila jak z przodu domu.
Moja siostra ma u mnie spory dług, więc zaproponowałam, żeby mi to jej mąż odpracował. Zna się na stolarce.

Mam wizję, mam pomysły. Za momencik sprawdzę, kiedy odbierają z podwórka odpady wielkogabarytowe. Niedawno brak rozmontował mi stary regał z garażu. Stwierdził, że nie warto składać go z powrotem, bo jest wypaczony i spuchnięty od wilgoci. Zamierzałam go wstawić do piwnicy, ale skoro się nie nadaje...

...A wieczorem na rynku koncert zespołu Raz Dwa Trzy...

sobota, 27 czerwca 2026

Sobotnio

Upał okrutny, zgodnie z zapowiedziami meteorologów. Cieszy mnie wolny dzień w domowym schronieniu. Latem chwalę sobie ogromnie moje warunki mieszkaniowe, bo i zieleni trochę wokoło, a nie jakaś miejska betonoza, i cienia nieco, i okna mogę otworzyć na przestrzał, tworząc kontrolowany przeciąg. Na głowę mokra opaska z bandany i można żyć. Przed chwilą wyszłam przed dom na kawę i lody, ale nie był to najlepszy pomysł, bo znowu mi za gorąco. Pod wieczór wybieram się na basen, jeszcze nie wiem, czy z synem, czy w pojedynkę. Syn stwierdził, że jest wrażliwy na klimatyzację, bo znowu się zaziębił w jakimś sklepie. Stwierdziłam, że randka z samą sobą na pływalni to świetny pomysł.

Niedaleko od nas powstał nowy sklep Lidl. Z jednej strony fajnie, bo sklep świetnie zaopatrzony, ale z drugiej - żal kolejnych połaci zabranych naturze i półwiejskich terenów, którymi lubiłam spacerować.
Dzisiaj wybraliśmy się do tego sklepu z synem na domowe sprawunki. Lubię te wspólne chwile z młodym i nasze rozmowy. A rozmowy są coraz dojrzalsze.
Dziś zapytałam, czy mu się dobrze układa z dziewczyną i usłyszałam, że "spoko". Jest z nią już około pięciu lat i jest to pierwszy jego związek. Cieszę się, że wygląda to tak stabilnie i spokojnie. Moja "synowa" to według moich dotychczasowych obserwacji, wartościowa dziewczyna, ma - jak to się mówi - poukładane w głowie.

Cóż jeszcze mogę dziś napisać?...

Wczorajsza rozmowa z Bogusiem bardzo mnie zreflektowała. Spojrzałam na siebie cudzymi oczami, z boku i przyznaję rację: okropnie się ostatnio zapamiętałam w swoim żalu nad utratą słuchu i komunikacyjnymi barierami. Przestałam widzieć możliwości i sposoby radzenia sobie, skoncentrowana na przeszkodach. Do tego stopnia zatraciłam dystans do siebie, że chwilami, daję słowo, zachowywałam się jak "szurnięta". Dosyć mi za to wstyd, ale tłumaczę sobie: nie ty jedna, Marto masz swoje szaleństwa. Pewna pacjentka ma blizny po samookaleczaniu, ktoś się przyznał, jak wściekły kopał meble, inna koleżanka w emocjach nie żałuje wulgaryzmów. A wszyscy pokazują też drugą, ludzką twarz, niejednokrotnie (ba! przeważnie!) pełną wrażliwości.

Wśród takich oto wspominek i drobnych aktywności upływa mi dzisiejsza sobota. Pora wziąć się za leniwy, upalny szybki obiad.

piątek, 26 czerwca 2026

Oddziałowe newsy.

Boguś zaraz rano nawiązał do mojej wczorajszej wiadomości. Rozmowa bardzo oczyściła atmosferę i jest mi o wiele lżej. Przedstawił mi naszą relację ze swojej, też wcale niełatwej perspektywy, uprzytomnił mi też, jak bardzo dałam się pochłonąć własnemu złemu nastrojowi i zafiksowałam się tylko na swoim nieszczęściu. Stwierdziliśmy, że jesteśmy podobni do siebie i empatia czasami nas gubi, jedno boi się zranić czy obciążyć drugie. Z tego wynikają czasem nieporozumienia i niepotrzebne stresy.

Dzięki tej rozmowie mój dzień był dzisiaj nadspodziewanie udany.

A teraz chwila błogiego leniuchowania, może jakieś pobieżne domowe porządki, a pod wieczór mam chętkę na basen. W zeszłym tygodniu byliśmy z synem na pływalni po raz pierwszy od bardzo dawna. Obawiałam się wysiłku po operacji, a jednak obawy okazały się zupełnie niepotrzebne.